zauważyłam, że zawsze, gdy mam jakiś pomysł, gdy w mojej głowie kłębi się stado myśli, które za wszelką cenę chcą się z niej wydostać, to piję kawę. a potem piszę, oglądam film lub czytam książkę.
Kategorie: Wszystkie | film | książka | muzyka | pierdu i lenie | poezja | telewizja | świat | życie
RSS
środa, 18 listopada 2009
julia

Jestem Julią
mam lat 23
dotknęłam kiedyś miłości
miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy
wzmogła
rytm serca
rozdrażniła
mój żywy organizm
rozkołysała zmysły
odeszła

Jestem Julią
na wysokim balkonie
zawisła
krzyczę wróć
wołam wróć
plamię
przygryzione wargi
barwą krwi
nie wróciła

Jestem Julią
mam lat tysiąc
żyję


Halina Poświatowska

******************************************************************************

Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotkać aby się ominąć
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało

są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło

bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają-to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami

można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem.


jan twardowski "bliscy i oddaleni"

łzy same cisna sie do oczu, gdy czytam ten wiersz. zresztą nie tylko ten. duzo jest takich. gdy przychodza takie dni, jak dzis, poezja jest dla mnie swojego rodzaju odskocznią. wyzwala moje emocje, pozwala mi się oderwać, wyraża moje mysli.

nie lubie takich dni.

 

22:35, ksenka_pe , poezja
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
umieraj stąd

 

umieraj stąd!
bierz co Twoje i won!
w zaświaty, gdzie zmory
gdzie strzygi, upiory
gdzie zimno i wieje
gdzie głodno i mrok!
umieraj stąd!
wysyczano mi wprost
w amoku słowiki
golone trawniki
płakałam do wewnątrz
dyskretna po kość

miałam dom
gdzie to było?
tam gdzie Odra, port
dźwigozaurów rząd
było tak niemożliwie nam
nasączałeś mnie pewnością
jak
likierem biszkopt

umieraj stąd!...

drobnych spraw korzonkami
wrastaliśmy w grunt
czas przygarbiał nas
Odra, port, dźwigozaurów rząd
nasączyłeś mnie jak gąbkę
dziś
goryczy octem

umieraj stąd!...

 

Czasami ktoś lepiej uchwyci to, co ja teraz czuję. Dzięki kasiu za tę piekną piosenkę.

 

20:39, ksenka_pe , muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 października 2009
złapana na brytyjskie kino

M: mam film

J: jaki?

M: jakis sensacyjny, czy cos, ponoć dobry

J: eeeee (z niechęcią)

M: angielski! (M wie, że J ma słabość do brytyjskiego kina)

J: aaaa (z wyraźnym zdowoleniem)

 

film o chuliganach lat 80-ych ubiegłego wieku:

avaydays

 

Po smierci matki Curty wraz z rodzina przepprowadza się. Poznaje Elvisa, który wciąga go do swej paczki. Głównym jego zajęciem staje się teraz udział w bijatykach.

Film podobny do "hooligans" i z pewnoscią nie obejdzie sie bez nawiazywań i porównywań. "Awaydays" jest gorszy. mniej zaskakujacy, choć podobalo mi sie nawiązanie do przeszłości. klimat lat 80-ych wytwarza jakas taka magiczna, osmiele sie nawet stwierdzić, że mroczną aurę. Mocne, rockowe brzmienia w tle sprawiaja, ze sceny są intrygujace i nabieraja tajemniczości. Mimo wszystko film jakos tak niemilosiernie sie ciągnał. za mało w nim akcji akcji było, sceny jakieś takie za krótike, albo niepotrzebnie długie. może sie czepiam.  ogólnie OK. tak 7/10

 

 

 

14:20, ksenka_pe , film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009
słowotok na temat

Nie mam ochoty na pisanie. Nic na to nieporadzę. Dawniej wydawało mi się, że bądź co bądź sklecić kilka sensownych zdqań to potrafię. Teraz zauważam, że jednak nie. napisanie czegokolwiek sprawia mi wielki trud. Napisanie z sensem, a co dopiero z humorem. Moje odwieczne marzenie... lekkie pióro. Widac marzenia nie spełniaja sie w moim przypadku.

Po jakiego diabła porawałam się z motyką na Dziennikarstwo? a niech to szlag.

Nie  o tym jednak chciałam pisać.

odkąd cały swój czas moge okreslić mianem wolnym, to czytam ksiazki. W przerwach oglądam telewizor, przeglądam bezsensownie strony internetowe (blogi, szafa, blogi, poczta, onet) i gram w minigierke na telefonie, wmawiając sobie, że jak zdobęde wiecej niz 200 punktów, to los sie odmieni, jak nie to sie nie odmieni. i tak raz na jakis czas sobie wygram i sie wtedy cieszę. jak nie wygram, to mówię sobie: jeszcze raz, tym razem to juz serio, jak chociaz jeden punkt mniej, to lipa. i tak do skutku, aż 200 będzie.

Może wrócę do tematu.

Czytam ksiązki.

jestem z tego bardzo dumna, bo zawsze chciałam czytać. Nie lektury, czy coś, ale książki. Siedzieć w fotelu, tudzież łóżku, przykryta k0ocem z filiżanką herbaty, tudzież kawy w łapie prawej a lewą przytrzymywać ksiażkę. i nikt sobie sprawy nie zdaje z tego, jak bardzo z siebie jestem dumna, jak się ciesze i zachwycam, gdy w istocie tak jest. chodze do biblioteki średnio raz na tydzień lub dwa, pozyczam po 3 tytuły na chybił trafił i przenoszę się w swiat fikcji. zadziwiajace jest to, jak bardzo potrafię się wtyedy wyłączyć. jak życie bohaterów z każdą stronicą staje sie moim zyciem, jak postacie, przybieraja realne kształty w mojej głowie. Zawsze miałam bujna wyobraźnię. pamiętam jak w podstawówce dostałam piątka za opowiadanie fantasy o podrózy w kosmos. i jak w gimnazjum opisywałam moje wymarzone miejsce. a na studiach! na studiach, jako jedyna dostałam 5 z dziennikarstwa, bho tak pięknie napisałam, jak wyglądaja święta w moim domu, ilez w tym magii i szczerości. tak. zawsze byłam szczera w swoim\ch kłamstwach. zawsze umiałam ubarwiać to, co było szare i pozbawione emocji. jednak teraz ten dar gdzieś znikł. zaginął. moze przez stres, mnoze to życie? nie wiem. ale nadal potrafię udawać. poterafię się śmiać, gdy lecą mi łzy. powstrzymuje sie od zabicia kolezanki, gdy opowiada jak to jej się wiedzie. potrafię również wmówić ludziom, że wyrósł mi róg na czole i spiłowałam go pilnikiem do paznkoci. i wierzą! ha! może ja aktorka powiannnam zostać? może powinnam, ale jak się tego dowiem, skoro tu nie ma szans. i iluz ode mnie lepszych i zdolniejszych jest. każdy wie.

Co przeczytałam ostatnio...

pomijając "Salonowe życie", jakis tam tydzień, słoneczny, czy cos o 3 przyjaciółkach i "Meżczyzne i chłopca" (akurat ta ksiazka pozytywnie mnie zaskoczyła!) moge kilka słów napisać o jednej z trzech z cyklu powieści kriminalnych Marcina Świeltlickiego. Chodzi mi o "Dwanaście". zaczęłam od środka, bo ja to tak mam. No dobra, ptrzyznam się, że nie wiedziałam, że jescze dwie napisał "Trzynaście i "Jedenaści" a ta, którą ja przeczytałam to środkowa była.

świeltkikk

kraków na przełomie XXI wieku. Tajemniczy, zimny, obskórny. Kraków, jakiego nie zobaczymy na ulotkach reklamowych, stronach internetowych i jakiego nie zaznamy podczas rótkiego pobytu. Miasto poetów, artystów, upadłych aktorów , wschodzących gwiazd telewizji i dziennikarzy. każdy podąża za tanią sensacją, bawi sie ludzkim zyciem, a większość czasu spędza w jednej z knajp. Dawny bohater kryminalnego kina dzieciecego, który spóchł, posiwaił i utył nie ma nic. Opuściła go suka, opusciła Pani, nie ma telefonu, dowodu osobistego, pieniędzy. Pije na kreskę w lokalu "Biuro". Niespodziewanie zostaje uwikłany w niezwykła intrygę i  za wszelka cene próbuje rozwikłac zagadkę. Upijajac się przy tym na umór.

pełna niezwykle zaskakujących zwrotów akcji, przemyslanych gagów i humoru sytuacyjnego powieść jest z pewonością godna polecenia wszystkim tym, którzy lubia dobra akcję, zagadki i czarny humor swietlicj\kiego.

 

sobota, 03 października 2009
lepszy rydz, niż nic

Czasami człowiek jest tak zdesperowany, że porzuca swoje ambitne plany poznawania literatury na jej najwyższym poziomie. odkryłam w sobie, podczas tego przymusowego półrocznego urlopu, że lubię czytać, ba! bez ksiązki ani rusz!

Początkowo zagłębiałam sie w wybitnych dziełach literatury, jednakże ostatnio mój zapał zmalał. Bynajmniej nie z własnego lenistwa, czy coś. Po prostu ograniczaja mnie zasoby miejskiej biblioteki, która oferuje jedynie czytadła dla kobiet.

i tak z braku laku, zajełam sie pożeraniem historii miłosnych. Trochę to nieekonomiczne, gdyż pochłaniam teraz srdnio ponad 200 stron dziennie, ale coż. Lepszy rydz, niż nic, a naprawdę wole czuc pod palcami przewracające się kartki, niz kółeczko myszki, przy czytaniu e-booka.

 

środa, 02 września 2009
jak zamienić złość na śmiech

Muszę przyznać, że wczorajszego wieczora zostałąm bardzo pozytywnie zaskoczona przez amerykańskie kino. Zanim wyjawię powód owej mej radości, musze zaznaczyć, że głupich, tanich (jeżeli chodzi o jakość) i wcale nie smiesznych komedii made by USA ja nie lubię, żeby nie powiedzieć, że są dla mnie wręcz żenujące. jednakże jestem zwierzem stadnym i czasami (bardzo czasami, jeżeli występuje takie określenie czasu) ze wstydem przyznaję daję się ponieść regule powszechcnej słuszności i filmy owe oglądam. czasami nawet się smieję, coby nie było przykro wszystkim wokól, nie być oskarżona o brak poczucia humoru i tym podobne. To nic, że śmieję się w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy to wszyscy ziewają z nudów, lub dłubią w nosie. Tak mam.

Jednakże (!!!) uwaga (teraz właśnie jest ten moment, kiedy to wszyscy wstrzymują oddech, a ja przetrzymuję chwile napięcia) uwaga (wypowiadam głosem nieco mocniejszym, przeciągając drugą sylabę i głośno intonując "A") uwaga (całkiem spokojnie)  wczoraj oglądnęłam, całkiem od niechcenia, komedię amerykańską, głupią i bzdurną, ale, że się wyrażę, bez cienia ironii, zajebistą! Miałam  doła, łzy mi się lały, na chłopaka się obraziłam, zmusiłam się do oglądania z nim tych pierdół, no i całego tego mojejego "focha" szlag trafił, bo nie mogłam się powstrzymać! Śmiałam się, no szczerze śmiałam się z tego, co na ekranie wyrabiała czwórka (głównie) pozornie ułożonych meżczyzn w stolicy hazardu.

I własnie po oglądnięciu tej komedii zrozumiałam, dlaczego tak bardzo nie podobał mi się wychwalany przez wszystkich (no dobra, nie uogólniam - przez większosć)  film: "jaja w tropikach", dla którego żal było mi marnowac oddzielnego posta. zresztą, oprócz tytułu ("kicha w tropikach") nie potrafiłam nic sensownego wymyślić.

 

Wróćmy jednak do tematu. Rzecz dzieje się w las Vegas, miejscu, gdzie może Cię spotkać wszystko. Tam nikt nie ma prawa się nudzić a wszystko, co się wydarzyło, pozostaje za murami kasyn i wszelakich domów uciech. Czwórka kumpli postanawia spędzić tam wieczór kawalerski jednego z nich. Wszytko byłoby dobrze, gdyby rano nie obudzili się tylko we trzech i wszystko pamiętali. Tymczasem pan młody ginie, w łazience czai się tygrys a pokój jest zdemolowany...

Jeżeli ktoś ma ochotę na coś smiesznego na koniec lata, to polecam "KAC VEGAS (Hangover)"

 

kac vegasssss

 

18:43, ksenka_pe , film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 sierpnia 2009
szybciej się nie dało... czyli histria pewnej historii.

Jakiś czas temu, dokładnie to na początku wakacji, jak nie prędzej, wstąpiłam do miejskiej biblioteki i po długich buszowaniach między półkami obstawionymi szarymi, zniszczonymi książkami wyszukałam dwa tytuły, które jeszcze się da preczytać. Wybór mój padł na "Ptaśka" Williama Whartona oraz "Lolitę" Nabokova. jako, że lolite niedawdo oglądałam, to stwiedziłam, że, jak przystało na filologa polskiego z prawdziwego zdarzenia "ptaśka"przeczytać trzeba w trybie natychmiastowym!  Miałam niemałą wprawę w tym kierunku, gdyż od początku (moich) wakacji pochłanaiłam grube tomy światowych bestsellerów ze "Zmierzchem" etc. na przedzie.

Podekscytowana wróciłam do doma z dwoma arcydziałami literatury, jednym większym od drugiego, dumna ze swojej ekscytacji tymże kierunkem, działem, czy nie wiem jak nazwać szereg ambitnych ksiąg jeszcze ambitniejszych pisarzy, które "każdy przeczytać powinien" (a każdy mądry człowiek powinien oglądnać"Psa Andaluzyjskiego"! ja oglądnełam jakieś pół roku temu). Zasiadłam wygodnie w fotelu, herbatkę sobie zrobiłam (tak herbatkę pijam również latem) i z zapartym tchem rozpoczęłam lekturę Whortona. Przez piersze 20 stronic szło dobrze. Po kolejnych dziesięciu sobie odpoczęłam. Wróciłam po godzinie i przeczytałam jeszcze 2. I tak zeszło mi przez prawie 3 miesiące. Siedzę sobie teraz, gdy juz trud meki czytania Ptaśka minał i mogłam ze spokojnym sumieniem zabrać się za Lolitę i zadaję sobie pytanie, czy było warto. Mimo plusów i minusów, kupek, skrzydeł, i paplania, mimo nudy i nizwykłej tedencji do wleczenia się książki, mogę stwierdzić, że warto. Dlaczego? Bo nikt mi do jesnbej cholery nie powie, że nie przeczytałam! a do tego w międzyczasie przeczytałam kilka innych książek, polubiłam "Sabrinę" i 'Wiadomości" "Malcolma" zawsze lubiłam.

Wczorajszego popołudnia zaczełam Lolitę. Powiem szczerze, że styl rosyjskich pisarzy jest dla mnie jednym z najbardziej ulubionych. Czy to mistrzi małgorzata, czy  idiota, czy zbrodnia i kara, czy to coś jeszcze innego, to ja uwielbiam. I lolita ma własnie w swej konwencji literackiej coś tak fascynującego, co sprawia, że chcę się czytać i czytać. taka obrazowość, lierackość, poetyckość. to niesłychane.

sobota, 08 sierpnia 2009
uprowadzona (ale godzina i ponad pół)

Filmy sensacyjne nie są w czołówce moich ulubionych gatunków, choć wiadomo, wszędzie zdarzają się wyjątki godne obejrzenia. Przystępując do obejrzenia „Uprowadzonej” poczytałam kilka recenzji, coby się szczególnie na filmie nie zawieść. Muszę szczerze przyznać, że opis zapowiadał coś naprawdę ekstra. Dałam się skusić. Zasiadłam z lubym licząc na pokazowe kino akcji. Przez pierwsze pół godziny byłam szczerze zainteresowana rozwojem wypadków. Oczy szeroko otwarte, usta rozwarte i zero ruchu, żeby bandyty nie spłoszyć (mam jakąś dziwną tendencję do wczuwania się w filmy, które przykują moją uwagę). 
Podstarzały „wojownik w imię dobra państwowego” nadrabia zaległości w związku ze swą nastoletnia córką. Jest nadopiekuńczy, bo wie, co się na świecie dzieje. Dziewczyna postanawia jednak, mimo ostrzeżeń, wyjechać w podróż hen daleko, za zespołem U2 i szaleć na wszystkich ich koncertach. Wybiera się tam ze swą koleżanką, niewiele starszą i głupiutką (kolejny schematyczny wizerunek małoletniej brunetki sprowadzonej na złą drogę przez blondynkę-idiotkę) Pierwszym etapem ich podróży jest Paryż i noc w luksusowym hotelu. Żeby było taniej (!) ładują się o taksówki z przypadkowo spotkanym chłopakiem. Chwilę później dziewczyny zostają porwane. Ojciec zapowiada zemstę. 
Do tego momentu wszystko jest cacy. Film wydaje się ciekawy, nie ma zbędnej krwi, a tatusiowi bliżej do MacGyvera niż Rambo. Ta sielanka nie trwa jednak długo. W pewnym momencie zaczyna się typowa, sensacyjna sieczka. Gdzie to ja już widziałam nieśmiertelnych, którzy wykańczają pół wojska sami bez większych obrażeń, wojowników, których wszystkie kule omijają, podstarzałego policjanta uganiającego się za bandytami, jak młody lew za zwierzyną , czy niegdysiejszych pobratymców, którzy przeszli na stronę zła? Film powiela pewną głupia konwencję, schemat według którego mężczyzna jest silny, a dobrego wojownika w imię słusznej sprawy nie dosięgną żadne kule i udaje mu się wywinąć z każdej opresji, zachowując przy tym godność i siłę. I tak już jest do końca. Do końca tak banalnego i przewidywalnego, że aż przykro. Zawiodłam się na tym filmie bardzo.
Nie wiem co mam myśleć – czy film miał być mało inteligentną rozrywką dla twardych facetów, czy też może paralelą miłości rodzicielskiej. Ile jest w stanie poświęcić ojciec dla życia córki. A poświęca, wierzcie mi lub nie, w tym filmie wiele. Nie obchodzą go inni ludzie, winni, czy niewinni i tak są na straconej pozycji, bo stanęli mu na drodze. Ja rozumiem, że miłość go prowadzi, a chęć zemsty oślepia, ale to nie jest powodem, by zabijać wszystkich, jak leci i być obojętnym na krzywdę innych. Te setki dziewczyn, więzionych i wykorzystywanych może nie ma ojca – komandosa i nie ma ich kto wyrwać z rąk okrutnych bandytów. A nasz główny bohater nie miał ani przez chwile zamiaru ratować kogoś innego niż własna córka. Może zdarzyło mu się przy okazji, ale nie wiem czy wypuszczona nagle na wolność banda małoletnich, naćpanych, biednych dziewczyn jest w stanie poradzić sobie w obcym mieście.
Jak dla mnie ten film, pod maską pustej fabuły kryje obraz bezwzględnego, obojętnego społeczeństwa. Każdy wiedział, że dzieje się coś niedobrego, ale nikt nic z tym nie robił. Pieniądze przechodziły z rąk do rąk i było dobrze. Wielcy „tatusiowie”, rekiny biznesu kupowali biedne dziewczyny w wieku ich córek, nie zdając sobie sprawy, że to też czyjeś dziecko. „Nie było w tym nic osobistego” - to chyba najbardziej poruszające zdanie w tym filmie. Okrutna prawda jest taka, że mało kogo obchodzi zło, które kryje się w ciemnych uliczkach i piwnicach. „A ja to wszystko mam gdzieś, póki to jakoś mnie nie dotyka...”1 - na tym zakończę. Brak słów.

 

To nie jest główny plakat tegoż filmu, ale jakoś najbardziej ze wszystkich mi się podoba. Więc musi być.

 

taken

19:13, ksenka_pe , film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 sierpnia 2009
Kseńka, panna Prym i demon

Pierwszą lekturę Paula Coelho przeczytałam chyba na pierwszym roku studiów. I tak się potoczyło. "Weronika postanawia umrzeć", "11 minut", "Alchemik", "Pielgrzym", "Brida" i tak dalej... Poniosła mnie fala uwielbienia dla powściągliwego, filozoficznego spojrzenia na świat autora. mimo iż jakiś zapędów filozoficznych raczej nie posiadam styl Coelho i jego przesłanie bardzo mi odpowiadało, choć burzy w moim życiu nie wywołało. Na przeczytanie większosci pozycji z listy autora potrzebowałam jakiś rok, może mniej. Potem jakoś inne książki zajmowały mój czas, zainteresowałam się kinem, wchłaniałam obrazy wysyłane z ekranu kina, lub komputera. O Coelho przypomniałam sobie kilka dni temu, gdy na stole u koleżanki zauważyłam "Demona i pannę Prym". Słyszałam co nieco o tej książce, a że "Ptasiek" jakoś wyjątkowo mnie nudził i dłużył sie w nieskończoność, postanowiłam przeczytać cościekawszego niż podręcznik hodowli kanarków (nie, że "ptasiek" mi się nie podoba, ale opisywanie kału ptaka jakoś przyprawia  mnie o mdłości).

demon i panna prym

Chantal mieszka w maleńkiej mieścinie w górach. Pracuje w hotelu i marzy, by jej los w końcu się odmienił i dostała to, na co zasługuje. Nie ma nikogo, więc czuje się samotna. Każdy przyjezdny mężczyzna jest nową okazją na wyrwanie się z marazmu dnia powszedniego. nagle pojawia się nieznajomy ze złotem, i z niewidzialnym dla ludzkich oczu demonem. Obecność zła wyczuwa stara, oczciwa Berta, jednak ma za mało siły by walczyć. Nieznajomy składa Pannie Prym kuszącą, jednak niezwykle niebezpieczną propzycję.

"Demon i panna Prym" jest dla mnie opowiadaniem i ludzkiej samotności, strachu i marzeniach, które boimy się realizować. Pod maską walki między dobrem a złem można zauważyć metaforę ludzkiego zmagania się z własnymi pragnieniami i dążeniem do osiągnięcia celów. Gdzieś po drodze jawi się nam wizja bogactwa, które dla większości jest synonimem szczęścia. Poraz kolejny odczytujemy, że pieniądze szczęścia nie dają, a nic w życiu nie przychodzi łatwo. Wybory, których dokonujemy, lepsze, czy gorsze, zawsze dokądś nas prowadzą, nie zawsze tam gdzie akurat my byśmy chcieli.

Paulo Coelho przekonuje nas, że świat jest paralelą odwiecznej walki dobra ze złem. Że anioły i demony zamieszkują wnętrze psychiki każdego z nas, przyglądają się wydarzeniom, motywują do działania, wywołują strach, lub potęgują działanie. Rywalizują o naszą duszę i nigdy nie poddają sie do końca. To my mamy ostateczne słowo. Zło, ani dobro nie jest w stanie istnieć bez człowieka. i żadno z nich samo nie może zwyciężyć. jestesmy narzędziem w rękach Boga, lecz on za nas decydować nie może. Wolna wola jest zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, a każdy krok decyduje o naszej przeszłości. Gdy do naszego świata wkroczy zło, możemy stac birnie w miejscu, lub stoczyć walkę ze sobą i głosno krzyknać . Co w nas zwyciąży decydujemy sami. A decyzja może okazać się najważniejszą w naszym życiu.

niedziela, 26 lipca 2009
milczenie kseńki

są takie momenty w życiu człowieka, że tak bardzo chce coś powiedzieć, napisać, wyrazić swoje myśli, a za żadną cholerę nie potrafi ich ułożyć w jakieś konkretne zdania. mało! nawet mi słów brakuje!

milczenie lorny

dlaczego o tym piszę? ano ostatnio (dokładnie wczoraj) oglądnęłam film "Milczenie Lorny". W porównaniu z ostatnio obejrzanymi produkcjami wzbudził on u mnie zachwyt. zaburzył moją logikę, poruszył myśli, wrył się w pamięć. i nie mogę o nim napisać nic sensownego, co wyrażałoby moje o nim zdanie! no nie potrafię! chciałabym napisac o tym jak to bez żadnej przerwy obejrzałam film, ktory cały czas uważałam za jakiś taki mdły, jak to zanim się obejrzałam, już napisy leciały a ja z dziwnym grymasem na twarzy  siedziałam wbita w fotel z cisnącym się na usta: "i co dalej?". smutno mi, ponieważ te pozornie drętwe i pospolite sceny tworzą przykry obraz społeczeństa, który niestety jest prawdziwy... codziennie mijamy tylu ludzi na ulicy i nigdy nie wiem, co tak na prawdę oni czują. patrzymy na emigranta i myślimy, że zabiera on nam pracę, kawałek ziemi. a nie wiemy, jak wiele on, ona musi poświęcic, by móc żyć choćby z nadzieją na normalna egzystencję. jesteśmy parszywymi rasistami nawet o tym nie wiedząc. każdy walczy tylko o swoje szczęście, do którego prowadzi kamienista droga. droga z licznymi zakrętami i krzyzówkami. w imie szczytnego celu wyruszamy w podróż za pieniądzem. gubimy się przy samym końcu, zapominając, że to nie kasa jest najważniejsza. uświadamiamy to sobie najczęściej już za późno i szukamy zamienników. potem wpadamy w obłęd, załamujemy się lub gonimy do materialnego raju porzucając całą swoja wiarę w lepszy świat. szczęśliwi ci, co zatrzymali się na samym początku. lecz takich jest niewielu...

 

powiem szczerze, że nie wiem na ile moje przemyślenia oddają istotę filmu. mogłabym nawet stwierdzić, że mało. w końcu pisałam, że nie potrafię się o nim wyrazić. coż... oby więcj takich filmów.

 

p.s. ja się nie poddam! myśli zbiorę i wtrącę swoje trzy grosze do oceny ogólnej filmu.

19:28, ksenka_pe , film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lipca 2009
Ile waży koń trojański

Postanowiłam, że wystratuję w konkursie. nie wiem czy  powinnam, ale chyba warto próbować. tymczasem:

 

ile wazy kon trojanski

Nie lubię, gdy film reklamuje się jako coś znanego i mającego wyrobioną w naszej świadomości markę. Hasło: „Ponadczasowa komedia Juliusza Machulskiego” nasuwa mi na myśl od razu „Seksmisję” i zasiadając przed ekranem na myśli miałam właśnie ten fantastyczny, pełen niezapomnianych gagów film. I po kilkunastu minutach szczerze żałowałam, że owej „Seksmisji nie włączyłam. Przynajmniej miałabym pewność, że będę się świetnie bawić. 
Koń trojański, jak się okazuje, to tylko plakat i nawet nie chce mi się dochodzić w jaki sposób łączy on się z filmem. Bo z przenoszeniem w czasie niewiele ma on wspólnego, z PRL chyba też. Zdobyć, to nic bohaterowie nie zdobyli, no może poza miłością i kochaną Babcią. Ile waży zastanawiała się córka bohaterki, ale równie dobrze mogłaby się zastanawiać ile ważyła zbroja trojańskiego wojownika, czy też sam wojownik. Być może faktycznie ma to ukryty, trzeci sens, ale nie wiem czy warto to roztrząsać.
Jeżeli chodzi o sam film, przykro mi to stwierdzić, ale moim zdaniem był po prostu kiepski i to przez duże „K”. Nie wiem kogo obarczać winą za tak nieudaną produkcję? Machulskiego, który swoje pięć minut już miał i to, co najlepszego mógł nakręcić, już nakręcił i kultowym reżyserem pozostanie i tak? Czy też aktorów (a raczej aktorkę), za niebywale sztywną i mało komiczną grę? (Pani Ostrowska już zawsze będzie dla mnie Lucy z „Rancza” i chcąc nie chcąc słyszę w jej głosie naleciałości angielszczyzny). A może za klapę winić widzów? Może jesteśmy społeczeństwem o spaczonym poczuciu humoru i bardziej śmieszy nas Jurek Kiler, czy też Maks, którego kobieta bije (o zgrozo!), niż komizm wynikający z nieświadomego przeniesienia się w czasie? Nie wiem. Ja osobiście śmiać się uwielbiam i śmieszy mnie bardzo dużo i często. I nie uważam, że moje, tudzież polskiego społeczeństwa, poczucie humoru jest słabo rozwinięte. Może nie rozumiem wszystkiego, wiadomo, ale mam jako-taką zdolność wyłapywania komicznych zdań, słów, czy też sytuacji. W przypadku „Konia trojańskiego”, jak się okazuje komedii i to ponadczasowej (!), muszę stwierdzić, że takowych było naprawdę mało. W dobrych obyczajówkach jest czasami więcej komizmu, niż było tutaj. Gdybym oglądała ten film, nie wiedząc, jaki jest jego gatunek, z pewnością określiłabym go jako dramat, a nawet melodramat. Dlaczego? Bo w pewnym momencie się popłakałam. Popłakałam się szczerymi łzami żalu, że jakby to było cudownie, móc cofnąć się w czasie i uratować ukochaną osobę. Ile Babć, Dziadków, Mam, Tatusiów i dzieci by żyło! Ilu więcej byłoby dobrych ludzi i pięknych wspomnień! Ile istnień miałoby szansę na spełnienie swoich marzeń! Ile razy my postąpilibyśmy inaczej, wybrali inną drogę, spotkali innych ludzi, ocalili, lub spisali na stracenie przyjaźń czy miłość. Każdy w swoim życiu spotkał osobę, która zginęła, bo akurat znalazła się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej godzinie. Nie każdy jednak miał możliwość cofnąć się w czasie i odzyskać kogoś, kto znaczył tak wiele.
Po obejrzeniu filmu po głowie chodziła mi jedynie przygnębiająca myśl, że ja nigdy nie miałam, ba! Nigdy nie będę mieć szansy na spotkanie i odwrócenie losu. Nikt nie będzie miał. Napisy końcowe leciały, a po mojej twarzy tkwił grymas frustracji. To miała być komedia, a nie dramat i to do tego fantasy! O czymś niemożliwym i wcale nie śmiesznym!
Dla mnie ten film nie przedstawiał absurdów PRL. Dla mnie przedstawiał on dramat ludzkiego życia, jego znikomość i nieodwracalność. Pogoń za szczęściem i konsekwentność naszych czynów. Że wszystko ma znaczenie. Że nasze słowa, gesty i wybory, nawet te najmniejsze i pozornie nieważne mają odbicie w przyszłości. 
Jak widać film daje do myślenia. Ale chyba nie takie było zamierzenie twórcy? Ja na tę „komedię” jestem zła. Nie po to kupowałam chipsy, żeby później dławić się nimi połykając łzy rozpaczy. Nie po to po ciężkim dniu siadałam w fotelu, żeby potem zdołować się jeszcze bardziej. A różowy plakat, zapowiadający polski film, już zawsze będzie kojarzył mi się z tandetą. 

13:49, ksenka_pe , film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lipca 2009
chłopiec w pasiastej piżamie

(bardzo się dobrze pisze na bloxie, ale dlaczegóż?! dlaczegóż jak tylko niechcący zaznaczę tekst to zaraz przechodzi ma na jakieś tłumaczenia słowniki i inne chuje, muje i nie wraca do tego co pisałam wcześniej! eheehhhhh [tu płacz rzewnymi łzami] i moje wszelkie strania i wypociny zostają bezpowrotnie utracone! ale nie denerwujmy się i zacznijmy od początku)

 

 

zanim zabrałam się do oglądania tegoż filmu dokładnie przeczytałam i recenzje i opinie na jego temat. po rzuceniu okiem na plakat wyżej umieszczony stwierdziłam, że temat ciekawy.

produkcja iście amerykańska. we wszechświecie całym wiadomo, że wszyscy na codzień posługują się językiem angielskim (oczywiście poza polską). dzięki temu każdy z każdym i wszędzie się dogada (tylko nie w polsce z polakiem, bo polacy nie gęsi i swój język mają). tak też w faszystowskich niemcach po angielsku nawijają i ss-mani i żydzi. i mały niemiec, wychowywany w duchu nacjonalizmu dzięki właśnie temu międzynarodowemu językowi może swobodnie rozmawiać z małym żydem. ale to jest film. mały żyd może również spokojnie i prawie bezstresowo odpoczywać przy ogrodzeniu, przez które swobodnie mógłby przejść.  ponoć było ono pod napięciem. tak mi wytłumaczył mój cudowny M. (cóż ja bym bez niego zrobiła!) szkoda tylko, że jakoś napięcie nie działało, gdy niemiecki chłopiec rzucałw nie piłką, czy też kamieniami. ale to tylko film.

nie wszyscy niemcy byli źli. np. matka ss-mana, ojciec innego ss-mana i żona, bo nic nie wiedziała. czyli 3 do dwóch. czyli większość niemców nie była zła, tylko nic nie mówili, bo się bali, lub po prostu nic nie wiedzieli. tylko kto puścił z dymem (przepraszam za tak trywialne określenie w odniesieniu do tragedii jak miała wówczas miejsce, ale nie da się inaczej w obliczu tego filmu) kilka milionów ludzkich istnień...  wiem, że nie wszyscy brali w tym udział, ale nie o prawdę historyczną, polityczną czy jakąś tam inna mi chodzi, tylko o film.

historia jest ciekawa. choć na początku filmem zainteresowana nie byłam (bardziej puszką piwa), to jak mnie wciągnął, tak już koniec. oglądnęłam cały bez żadnej przerwy. a to, w moim przypadku, świadczy o filmie bardzo dobrze.  zagłada widziana oczmi małego niemaca, syna ss-mana, zarządcy obozu, który zaprzyjażnia sie z małym żydowskim chłopcem z obozu. przyjaźń jest na tyle silna, że jeden za drugiego w ogień by poszedł. przyjaźń niewinna i zupełnie bezinteresowna, tragiczna w skutkach.

i w całej fabule, nie licząc tych drobnych uchybień, o których pisałam na początku, denerwuje mnie tylko jedno (a na forum filmwebu już uwagę ktoś na to zwrócił) W penym momencie bardziej żal tego małego, nieświadomego, niemieckiego chłopca, niz wielu żydów, których spotkał wtedy ten sam los. jest go bardziej żal, niż chłopca żydowskiego, który był równie niewinny, jak i on... i to jest przykre. zginęło w obozach tylu niczego nieświadomych, bezbronnych żydów, dzieci, ojców, matek, sióstr i braci, i jeden niemiec - syn zarządcy obozu. ironia?

"kto mieczem wojuje od miecza ginie" - cóż może rodzica zabić bardziej, niż śmierć dziecka?

 

19:09, ksenka_pe , film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lipca 2009
Wątpliwość

Gdy pierwsze koty za płoty rybki śpię w jeziorze, a karasie na tarasie (chyba udziela mi się przedweselny humor) to mogę przejsc do sedna sprawy. Kocham kino. niezmiernie ubolewam nad tym, że nieczęsto zdarza mi się doń chadzać (ze względów finansowych. i to nie to, że mi szkoda, po prostu nie mam), ale szeroko pojęte KINO naprawdę ubóstwiam. i nieważna czy to w tv czy na dvd czy na divx. w miłości i na wojnie nie ma zasad przecież.

Zdarzyło mi się dzisiejszego wieczoru obejrzeć "Wątpliwosć". Przyznam się szczerze, że po raz pierwszy zasiadłam wygodnie do oglądania filmu bez wstępnego czytania opinii o nim. nie, żebym nic nie wiedziała na jego temat. Historia osadzona w latach II połowy XX wieku, klasztorna szkoła, kośció i te sprawy. Aktorzy, którzy lipy nie odstawiają, więc czegóż chcieć więcej? paczki czipsów jedynie. Gdy wreszczie dostałam szansę na obejrzenie tak wspaniałej produkcji, która przez dość długi czas chodziła mi po głowie i zastanawiała niebywale rozsiadłam się wygodnie i zatopiłam oczy w ekranie. Po 10 minutach szczerze mi się znudziło. Otworzyłam chrupki, wyciągnęłam telefon i gdyby nie dźwięk, to chyba zupełnie nie wiedziałabym, o co chodzi. Tylko on ni przypominał, że oglądam film, na który tak długo czekałam. Zreflektowałam się, pogroziłam sobie palcem w myślach, że potem nie będe wiedziała, o co chodzi i że musze być cierpliwa, bo to dopiero początek. W ciszy i skupieniu wytrawałm kolejne 10 minut. i tak w kółko. tak na prawdę szczerze zaciekawiłam się akcją dopiero, jak siostra Meryl Streep płacze do siostry od Jakuba, że ma wątpliwości. Jakże to była piekna, wzruszająca, tak bardzo ludzka scena. Aż i mi łezka się w oku zakręciła... Bo oto nastąpił koniec. Faktycznie doczekałam się nagrody za swą cierpliwość.  
Nie lubię filmów, kiedy nie musze zbyt dużo przykuwać uwagi do fabuły, a i tak wiem wszystko. (No chyba, że w tym wypadku podnosiłam głowę w odpowiednim momencie). Kojarzą mi się z telenowelami, kiepskimi serialami i romantycznymi komediami o miłości amerykańskich szesnastolatków dla nastolatków na świecie. Nie żebym porównywała "Wątpliwość" do tego typu produkcji. Po prostu fabuła jest zbyt przewidywalana, zbyt statyczna. jak się coś dzieje to słychać po tonie głosu, po muzyce. nie trzeba się wczuwać i wyłączać. a ja lubię się wyłączać i układać wszystkie sceny w całość. Lubię, gdy film mnie wciąga i nie jestem w stanie odwrócić wzroku od ekranu. A tu było inaczej.  
Nie, że mi się nie podobał w ogóle. Bardzo fajny. Momentami ciekawy, wspaniała gra aktorska, wspaniałay klimat, tajemniczość, niewyjaśniona sprawa i to ziarenko niepewnosci. Bardzo fajne jest to, że daje temat do dyskusji, że nie oskarża, nie obwinia nikogo i nie skazuje. Że widzowi pozostawia ocenę, kto tu tak naprawdę był zły. 
Nie podoba mi sie to, że jak dla mnie, był taki przewidywalny w swej nieprzewidywalności!  
ogląda się go przyjemnie, ale nie poszłabym na niego do kina, chyba, że ktoś postawiłby mi bilet. 
posumuwując - mam wątpliwość.

21:37, ksenka_pe , film
Link Dodaj komentarz »
Akt I - zwany "z rozpaczy"

siedziałam popołudniową porą i dostałam takiego natchnienia, że sama sie sobie dziwiłam. wtem niechcący nacisnęłam coś, tekst się zaznaczył i przekierowało mnie na słownik języka polskiego. wpisu nie udało mi sie odzyskać. a szkoda. bo tak ładnie się tam przedstawiłam. po raz drugi nie zamierzam. po prostu mi sie nie chce.

żal mi straconej pracy tym bardziej, że nie potrafię zaczynać. to dla mnie najtrudniesza z możliwych rzeczy w pisaniu. a wtedy mi się udało [sic!]

nie wiem czego będzie dotyczył ten blog. z pewnością zycia. tego nie da się uniknąć. ale chciałabym uniknąć pisania od rzeczy. choć nie mogę obiecać, że tak nie będzie. także w głowie pustka.

drogi czytelniku! wiem, że trafiłeś tu przez czysty przypadek. ale może Ty masz jakiś pomysł?

będę wdzięczna za wszelkie inspiracje. Choć ostrzegam! a może zastrzegam. hmmm... mówię - nie o wszystkim mogę pisać i nie na wszystkim (niestety) się znam... Bogiem a prawdą - o tak niewielu rzeczach mam co najmniej zielone pojęcie.